Zawór kulowy na instalacji wodnej w budynku gospodarskim
Fot. materiał partnera

W gospodarstwie woda musi być zawsze i wszędzie: w poidłach, przy myjce, w pomieszczeniu socjalnym, przy stanowisku do mycia sprzętu. Instalacja rośnie razem z budynkami, zwykle etapami i zwykle bez rysunku, więc po dwudziestu latach nikt nie wie dokładnie, którędy biegnie i gdzie da się ją odciąć. Pierwsza mroźna noc po nieudanym zakręceniu zaworu weryfikuje to w sposób bardzo kosztowny.

Pęknięta rura w budynku inwentarskim to nie tylko woda na posadzce. To także przerwa w pojeniu, wychłodzone pomieszczenie i, jeśli zdarzy się przy nieobecności, kilkadziesiąt metrów sześciennych wody w gruncie pod fundamentem. Zapobieganie jest w tej dziedzinie tanie i sprowadza się do kilku decyzji przy układaniu instalacji.

Miejsca, które zamarzają pierwsze

Kolejność jest zawsze podobna i wynika z fizyki, nie z pechu. Najpierw zamarzają odcinki prowadzone przy ścianach zewnętrznych bez izolacji, zwłaszcza po stronie północnej. Potem rury w pomieszczeniach nieogrzewanych, do których woda dopływa rzadko, bo stojąca woda wychładza się szybciej niż płynąca. Następnie punkty czerpalne na zewnątrz, gdzie zamarza sam kurek i odcinek za nim. Na końcu przewody w ziemi, ułożone powyżej strefy przemarzania, co przy ocieplającej się zimie ujawnia się raz na kilka lat.

Wnioski praktyczne są dwa. Pierwszy: odcinki prowadzone w nieogrzewanych częściach budynku muszą mieć izolację i, jeśli wilgotność na to pozwala, przewód grzejny z termostatem. Drugi: każdy punkt czerpalny na zewnątrz potrzebuje zaworu odcinającego wewnątrz budynku i możliwości spuszczenia wody z odcinka za nim przed zimą. Brak tej drugiej rzeczy jest najczęstszą przyczyną rozerwanej rury pod ścianą.

Osobna sprawa to głębokość ułożenia rury w gruncie. Przy przejściu z budynku do budynku instalację prowadzi się poniżej strefy przemarzania z zapasem, bo w miejscu przejazdu maszyn grunt jest zagęszczony i przewodzi zimno lepiej niż grunt naturalny. Ten sam przewód pod zagęszczoną drogą dojazdową i pod trawnikiem znajduje się w zupełnie innych warunkach termicznych.

Zawory, czyli różnica między naprawą na godzinę i na dzień

W instalacji rozbudowywanej etapami najczęściej brakuje możliwości odcięcia fragmentu. Wymiana jednego kurka wymaga wtedy spuszczenia wody z instalacji obsługującej trzy budynki, a napełnianie i odpowietrzanie zajmuje pół dnia. Rozwiązaniem jest zawór 3/4 cala montowany na wejściu do każdego budynku i przed każdym większym odbiornikiem, tak żeby remont jednego stanowiska nie zatrzymywał pojenia w oborze.

Zawory kulowe sprawdzają się w tym zastosowaniu lepiej niż grzybkowe, bo mają pełny przelot, nie dławią przepływu i po latach dają się ruszyć. Mają jednak wadę: zawór nieruszany przez pięć lat potrafi się zapiec. Przekręcenie wszystkich zaworów do oporu w obie strony raz przed sezonem to kwadrans roboty, który decyduje o tym, czy w kryzysowej sytuacji będzie czym zamknąć wodę.

Dobór średnicy ma znaczenie tam, gdzie jednocześnie pracuje kilka odbiorników. Trzy czwarte cala to typowa średnica dla rozprowadzenia w obrębie budynku gospodarskiego, ale przy równoczesnym poborze na myjkę ciśnieniową i poidła spadek ciśnienia bywa odczuwalny. Przy planowaniu nowej instalacji warto liczyć nie sumę urządzeń, a realny scenariusz jednoczesnej pracy.

Materiały, które wytrzymują warunki gospodarskie

W budynkach inwentarskich instalacja pracuje w powietrzu wilgotnym i chemicznie agresywnym, a mechanicznie bywa narażona na uderzenie taczką, wózkiem albo zwierzęciem. Rury z tworzywa są lżejsze, tańsze i nie korodują, ale wymagają osłony w miejscach dostępnych i uwagi przy przejściach przez ściany. Instalacje stalowe wytrzymują więcej mechanicznie, za to na styku z wilgocią i obornikiem korodują od zewnątrz.

W praktyce sprawdza się podział: rury z tworzywa na odcinkach prowadzonych w bruzdach, w posadzce i w miejscach niedostępnych, elementy metalowe i osłonięte tam, gdzie instalacja jest narażona na uderzenia. Przy przejściach przez posadzkę i ściany stosuje się tuleje ochronne, bo rura zalana betonem na styk pęka w tym miejscu przy pierwszym ruchu konstrukcji.

Trzecia rzecz to punkty czerpalne. Kurek ze złączką do węża, umieszczony na wysokości pozwalającej podstawić wiadro, i drugi z zaworem spustowym, żeby przed zimą spuścić wodę, to standard, którego brak widać przy pierwszym mrozie. Przy myjkach ciśnieniowych dochodzi zabezpieczenie przed przepływem zwrotnym, bo instalacja gospodarska bywa połączona z siecią wodociągową i skażenie wody przy cofnięciu przepływu jest realnym zagrożeniem.

Przegląd, który zajmuje jedno popołudnie

Przed sezonem przechodzi się przez instalację w ustalonej kolejności. Najpierw obejście wszystkich zaworów i przekręcenie każdego do oporu w obie strony. Potem sprawdzenie izolacji na odcinkach zewnętrznych i w pomieszczeniach nieogrzewanych, razem z kontrolą, czy przewód grzejny działa, bo termostat po kilku latach potrafi zawieść. Następnie spuszczenie wody z punktów zewnętrznych i zakręcenie zaworów odcinających do tych odcinków.

Na końcu sprawdzenie ciśnienia i obejrzenie połączeń w poszukiwaniu śladów wilgoci. Zaciek wielkości monety pod złączką w październiku to w styczniu pęknięta rura, bo woda wnika w izolację i zamarza w niej. Cztery czynności, żadna nie wymaga fachowca, a razem odpowiadają za większość zimowych awarii w budynkach gospodarskich.

Jeśli przegląd pokaże, że czegoś brakuje, zamawia się komplet naraz, przed mrozem, a nie w trakcie awarii. Armaturę, rury i kształtki do instalacji wodnych w zabudowie gospodarskiej prowadzi między innymi Onninen, gdzie widać średnice i materiały w jednym miejscu, więc komplet do wymiany odcinka da się zestawić bez dwóch wyjazdów. Ofertę znajdziesz na www.onninen.pl.

***

Artykuł sponsorowany